Z wysiłkiem niezmiernym, widocznie ostatkiem sił, wdzierał się pielgrzym po głazach ostrych, uślizgujących się pod zmęczoną stopą, na niebosiężną górę, największą spośród gór…
Wędrował długo… Mówiła o tym szata pokutna, postrzępiona, zwisająca w dziwacznych frędzlach u dołu, kij też mówił sękaty, pielgrzymi, o kolcu startym od walki z twardą skałą, także twarz brunatna od opalenia i ręce drżące nerwowo.
Teraz stanął… oddech mu zaparło.
Zapatrzył się na opar mgieł tulących szczyt.
Usta szeptały modlitwę…. której słów nie ma w żadnej, żadnej książce.
Serce jego mówiło:
– Ty… Ty Nienazwalny…
Ból go oprzytomnił… Słońce chyliło się do zachodu, nogi się pod nim uginały… ciało osuwało się na ziemię… Klęknął. Potem po krótkiej walce, mimo woli legł, niezdolny się ruszyć.
Patrzył wokoło.
Jakby się zapadł w ogromne jakieś głębie, świat znikł kędyś… przepadł…
Pod stopami pielgrzyma kłębiły się chmury białe, a tylko czasem, gdy wiatr zadął silniejszy, zjawiała się za chmurami skryta, szafirowa dal, w której domyślać się można było gór, rzek, miast i wsi.
Daleko to gdzieś tkwiło wszystko… tak daleko, że zdało się, można było, raz tu doszedłszy… wcale nie brać rzeczy onych w rachubę…
Niedostrzegalnymi stały się troski ziemi, jej radości, przesądy, marzenia… ból… tęsknota nawet.
Pielgrzym poszukał na piersiach manierki z wodą.
Gorąca była… nieznośna, pragnienia nie gasiła, goryczy jeno w ustach przymnażając.
Połknął ją ze wstrętem.
Wiatr odsłonił właśnie wielką połać błękitnej dali.
Zarysowało się na tym tle jaśniejszą plamą morze, sino wystąpiły góry… ale i mowy być nie mogło, by dojrzeć coś więcej.
Szczegóły znikły, potonęły jak łódki maleńkie na ogromnym oceanie, a tylko bardzo wprawne oczy mogły śledzić upłaz samej góry, aż do jej podstaw.
Dla wielu, wielu, nieobdarzonych orlim wzrokiem, mimo że poranione stopy wymownie o tym świadczyły, wydać się musiało, że nic wyżu onego z ziemią nie łączy, że unosi się on w przestworzu, niby jej satelita, bliski jeno dlatego, iż mu wiekuiste prawa ciążyć kazały do globu większego…