Читать онлайн
Płanety

Нет отзывов
Władysław Orkan
Płanety

Chłop na łany wyszedł

Chłop na łany wyszedł z kosą… istna śmierć!
Istny szkielet, chylący się pośród zbóż…
Stanął… patrzy… kiwa głową: «Któż wie, któż,
Czyli z korca wysianego zbiorę ćwierć»…

«Nie usiecze… owies mały… liche źdźbła» —
Prasnął kosą, aże brzękła – rzucił sierp:
«Dał ci Pan Bóg marne życie… a ty cierp!»
Zęby zaciął – na powieki trysła łza…

I potoczył łzawem okiem w ciemną dal:
«Przyjdzie zczeznąć… Ha, no darmo! To i cóż?
«O mnie mniejsza – ino dzieci… dzieci żal!..»

I do serca pchał się gwałtem dziwny lęk —
I poleciał niesłyszany, cichy jęk
Po ugorach i po szarych łanach zbóż…


Nad urwiskiem (I)

Promienie wiosenne słońca, idąc ukosem po niedawno ze śniegu obeschłych stokach, doszły do pustych wyrębów na stromem zboczu góry, zarysowały bielą stado siedzących rzędami pniaków i zbłękitniły dym, rozpływający się ku górze białą chmurą, a dobywający się szarymi palcami z każdego gonta, z każdej szpary niskiej chałupiny podleśnej.

Ludzie już wstali – słońce dalej poszło, nie zajrzało…

Wstali od świtu mieszkańcy chałupiny leśnej.

– Na wiosnę drogi czas, na spanie zima. Wstań, ugotuj śniadanie i do pola!..

Temi słowy obudził Bartek swoją babę.

Przeciągła się leniwie, jak kotka na przypiecku. Ciepło jej było i dobrze. Ale „jak mus, to mus”. Wyskoczyła z łóżka, wdziała spódnicę i przeszła ku nalepie, a dzieci, zbudzone gwarą, figlowały z ojcem na łóżku.

Niezadługo Bartek zostawił dzieci same, wytrzepał z włosów szczecinowych słomę, co mu przez noc nalazła, i umywszy się zimną wodą z konewki, przeszedł do okna zmówić pacierz…

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie – szeptał bezmyślnie, patrząc przez szyby na dolinę, gdzie cała wioska osiedlami się rozłożyła… Zagony krótsze i dłuższe krzyżują się naprzemian, wchodzą jedne w drugie i klinami wdzierają się w puste ugory i pastwiska. Zdaje się, że wielka jakaś siła rzuciła stary, zzieleniały płaszcz na ziemię, na którym łata na łacie o różnych wielkościach i barwach.

– Ale nas zbaw ode złego – dodał głośniej i zwrócił się do żony. – Patrzno, Ulka! Jasiek od Grele już hań orze koło Zimnej Wody…

– A niechta! – odpowiedziała, wsypując ziemniaki do garnka. – Jak Bóg da, to i my zaorzemy na czas. Nie mamy wiela…